SliderSport

14.Cracovia Maraton oczami mieleckiej zawodniczki

Katarzyna Sumiec jest mielczanką i studiuje Dietetykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pasją do biegania zaraziła się już kilka lat temu, kiedy była jeszcze uczennicą Gimnazjum. W maju 2014 roku, wpadła na pomysł aby założyć bloga o bieganiu i zdrowym odżywianiu się.

Mielczanka Katarzyna Sumiec nie boi się wyzwań, czego dowodem był jej udział w 14.Cracovia Maraton. Na swoim blogu podzieliła się z czytelnikami swoimi odczuciami na temat Maratonu. Zapraszamy również na http://run-and-joy.blogspot.com/

W niedzielę rano przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Byłam w pozytywnym nastroju, nastawiona na kolejną długą przygodę. Wiadomo – trochę się bałam, nie wiedziałam, co czeka mnie tym razem, spodziewałam się niemałych kryzysów, ale myślałam, że uda mi się urwać chociaż parę minut z zeszłorocznego wyniku (4:30:23). Poza tym założyłam, że nie chcę w ogóle przechodzić do marszu i cały dystans przebiec. Nieważne, czy byłby to trucht, czy człapanie, ale satysfakcja z pełnego przebiegniętego maratonu byłaby ogromna. Na starcie wypatrywałam Małgę, która zapowiedziała, że łamie 4 godziny (i udało się jej!). Biegła z różowymi balonami i zrównałyśmy się dopiero ok. 6 km, pobiegłyśmy chwilę razem, po czym życzyłam jej powodzenia i odłączyłam się od grupy.

Pierwsza dyszka poszła całkiem w porządku, ale poczułam, że nie będzie łatwo. Liczyłam na mentalną pomoc od moich kibiców, którzy jak zwykle mnie nie zawiedli. Świadomość, że gdzieś tam ktoś na ciebie czeka i myśli o tobie, że choć przez ten jeden moment, gdy się widzicie, musisz przynajmniej sprawiać wrażenie, że wszystko jest super, utrzymuje cię w pionie i każe ci biec dalej.

Przy Moście Dębnickim dostałam doping od moich rodziców. Stali tam też ludzie z plakatem „Kenijczycy już piją piwo” i ktoś z nich zawołał do mnie: „Czekamy na ciebie na mecie!”, a kilometr później, przy Rondzie Grunwaldzkim otrzymałam piski i krzyki od moich dziewczyn. Wtedy jeszcze było dobrze.

Na 15 km dostałam przez megafon wiadomość „Pani numer 4528 życzymy uśmiechu na mecie”. Takie rzeczy dodają skrzydeł, uwierzcie 🙂
Problemy zaczęły się przy 17 km. Tak właśnie, już przy 17 km. Słowo daję, pomyślałam wtedy, że CHCĘ, żeby mnie dopadł skurcz. Albo żebym krzywo stanęła i zwichnęła kostkę. Cokolwiek! Bylebym nie musiała dłużej biec. Chciałam zejść z trasy i powiedzieć, „Ej słuchajcie, to nie mój dzień, mam słabe kolana i w ogóle jestem kontuzjowana, wybaczcie, ale to nie moja wina”. Postanowiłam, że dobiegnę do 21 kilometra i później się zobaczy. Dobiegłam do 20, tam były moje dziewczyny, mój „komitet dopingowy”. Stanęłam. Przytuliłam się do dziewczyn, nie wiedziały co się dzieje (potem mi powiedziały, że wyglądałam strasznie, jakbym miała zaraz paść). I wtedy stało się coś dziwnego, jakbym dostała od nich trochę energii i pobiegłam dalej.

Chociaż „ruszyłam” to byłoby lepsze słowo. Półmaraton odhaczyłam w czasie 2:05. Zrezygnowałam z mojego chytrego planu przebiegnięcia całego maratonu i na najbliższym punkcie odświeżania ok. 23 kilometra wyciągnęłam żel energetyczny i zaczęłam iść. Zostało mi ponad 19 kilometrów drogi.
Tak naprawdę dopiero wtedy zaczął się wielki kryzys, który trwał przez 2 i pół godziny. DWIE I PÓŁ GODZINY myślałam, że zaraz się skończę, bolał mnie brzuch, zmuszałam się do biegu oparami silnej woli i naprawdę, ale to NAPRAWDĘ miałam totalnie dość wszystkiego. Dziękuję mojemu Erykowi, że szedł ze mną na 24 i 27 kilometrze i choć trochę umilił mi czas, po czym popchnął mnie, tak jak się popycha pozbawiony paliwa samochód i kazał mi biec dalej. Nie pamiętam co było później, bo byłam wtedy jak w transie. Wiem, że przy Moście Dębnickim czekali rodzice z moim braciszkiem, przy Rondzie Grunwaldzkim znowu skakały moje uśmiechnięte dziewczyny i starałam się wtedy wyglądać na mniej zmęczoną, niż faktycznie byłam.

To było chyba na 36 km, kiedy w grupie kibiców stała wesoła pani z megafonem i krzyczała do mnie „Pozdrowienia dla pani w różowym! Dasz radę!”, a druga wymachiwała radośnie pomponami. Pomyślałam sobie wtedy: „No kurde! One tu stoją już ponad 3 godziny. Jakim cudem im się chce? Ludzie są naprawdę niesamowici”.
Ostatkami sił napierałam dalej, idąc i biegnąc na przemian, myślałam, że ta droga NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZY i nieśmiało marzyłam o mecie.
Punkt odżywczy na 40 kilometrze. Idę i nagle z tyłu słyszę bardzo głośne „Pojadłaś?!? Popiłaś!!!???!!! no to dajesz!!! JEDZIESZ!” a moim oczom jawi się przystojny żołnierz na rowerze. Kto by nie zaczął biec po takim dopingu?
Zostało już tak niewiele. Minął 41 km. Ten ostatni już cały przebiegłam, tak dla zasady. Nawet na koniec przyspieszyłam słysząc krzyki Justyny „Kasiaaaaa! Dajeeeeeesz!” i przebiegłam przez metę z uśmiechem na twarzy. Dostałam medal, wyczekany, upragniony…
A potem zaczęłam ryczeć.

Wszystko mi się zaczęło mieszać: radość, ulga, złość, smutek…Pokonałam kolejny maraton, ale nie tak, jak chciałam to zrobić. Zamiast szybciej to wolniej, zamiast biec – szłam. Ale potem wszyscy zaczęli na mnie krzyczeć, żebym przestała narzekać i zaczęła się cieszyć z tego, co mam. Że większość ludzi nigdy nie podjęłaby się takiego zadania. Że nikt oprócz mnie w naszym gronie nie brał udziału w maratonie. I chyba to do mnie teraz dotarło.

Kasia na koniec dodała, ze nie rezygnuje z biegania, ale nie będzie już chyba uczestniczyć w maratonach. Chociaż kto wie?



Tagi
Pokaż więcej

Zobacz Również

Redakcja serwisu CzyliWiesz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zamknij

Wykryto Adblocka

Wspieraj nas, wyłącz blokowanie reklam